Jak zinterpretować porażkę

By Listopad 12, 2018 De-stress, Życie.praca
porażka

Choćbyś nie wiem z jak optymistycznej perspektywy na nią patrzył, to jeśli coś nie wyszło, to nie wyszło. Porażka zawsze pozostanie porażką. Kropka.

Nie zmienisz tego. Możesz mieć co najwyżej kolejną szansę.

A uczucie porażki i tak pozostanie. Uczucie, które jest wprostproporcjonalne do twojego EGO.

Jej drugie oblicze:

Porażka = lekcja

Zawsze.

Tylko nie zawsze jest to oczywiste. To naturalne, że człowiek broni się przed tym, żeby znaleźć coś pozytywnego w czymś negatywny. Bo jest leniwy.

To co przeczytasz w dalszej części wpisu, pomogło mi podjąć jedną z największych decyzji w moim życiu – żeby pójść 100% w snowboard i przestać pracować w korpo, przestać pracować dla kogoś tylko zacząć harować na własny biznes, żeby pójść własną ścieżką, a nie tą, której wszyscy ode mnie oczekują.

Dla informacji, tę decyzję podjąłem w wieku 35 lat. Późno?

Zacznę od przykładu…

Przykład z rzycia wzienty

Muzyka. To było prze-mega doświadczenie, no ale dupa – klęska.

Nie utrzymuję się z muzyki. 10 lat z życia i co najwyżej gram kolędy i wrzucam pogrzebowy jazz na soundclouda, którego nikt nie słucha ;). Btw. zapraszam do posłuchania włącz sobie teraz w tle żeby brzęczało. Tylko proszę, bez wylewania łez ;p.

Ta druga perspektywa jest następująca… ale muszę najpierw zakreślić kontekst całej historii…

Swoją pierwszą gitarę dostałem po maturze, w nagrodę, że zdałem i że najczarniejsze scenariusze mojej mamy, że wyląduję na zmywaku, nie spełniły się.

Podkreślę – zacząłem ćwiczyć na gitarze po maturze.

Nie pochodzę z muzykującej rodziny, raczej bym powiedział, że przeciwnie – pochodzę z amuzykalnej rodziny. Po kilku latach, w czasie studiów na polibudzie udało mi się wmieszać w środowisko warszawskich muzyków, grywałem w teatrze Ateneum, później dostałem się na studia muzyczne w Amsterdamie.

Czy trzeba mieć talent

Nie mając talentu.

Nie mając żadnego wsparcia muzycznego.

Nie mówiąc o wsparciu mentalnym…

było zupełnie odwrotnie, czułem, że łamię serce mamie, tym, że zajmuję się muzyką, za co nie mam żalu, tylko trochę zazdroszczę tym co wsparcie od rodziców mają – ale może kiedyś mi przejdze :).

Było to jak wtaczanie głazu pod górę, zygzakiem i z przeszkodami.

Czyli nieefektywnie, ale jak się okazało całkiem skutecznie.

Po kolejnych kilku latach zorganizowałem trasę koncertową dla mojego zespołu Collective Jazz Quartet. To był mój największy muzyczny sukces. Wszystko wypaliło. 18 czerwca zostaliśmy nawet nominowani do Grand Prix Jazz Melomani w kategorii “nowa nadzieja” :).

No więc da się.

Nie mając powyższych grałem z pro-muzykami.

Organizowałem koncerty i przy większym zapale udałoby mi się z tego utrzymywać. Tyle, że mnie ta cała otoczka managersko-biznesowa (w muzyce) zupełnie nie iteresowała i nie interesuje. Naprawdę wolę sobie plumkać nostalgiczne, kwaśno brzmiące akordy w domowym zaciszu ;).

Jak zinterpretować porażkę

Ogólnie nic z tą muzyką nie wypaliło, ale w kontekście późnego startu, braku talentu i wsparcia to jest dla mnie ogromny sukces, który według praw logiki nie miał racji bytu.

Ale się zdarzył! Ta “porażka” to wręcz niewyobrażalny sukces, który zawdzięczam tytanicznej pracy i wieloletniej konsekwencji.

Zmierzam jednak do czegoś innego, bo tak jak napisałem na samym początku, pomogło mi to podjąć jedną z największych, najtrudniejszych i najważniejszych decyzji.

Ta muzyczna “porażka” to dowód na to, że wszystko się da. Niezależnie od wieku, od predyspozycji, warunków i bierzącej sytuacji. Wiem, że mój pomysł na snowboardowy biznes ma ogromną szansę, że ten blog i mója kanał youtube są na dobrej drodze. Fakt, że zacząłem tę przygodę w wieku 35 lat nie ma tu kurcze najmniejszego znaczenia (teraz mam 36 fyi;p).

Najpiękniejsze jest to, że tym razem, mam wsparcie mojej wesołej rodzinki – żony i zwariowanych córeczek. Tym razem mam wiele talentu do tych rzeczy, które robię: predyzpozycje fizyczne do snowboardu, analityczny umysł do rozkręcania biznesu online itp… A na dodatek bierząca sytuacja sprzyja – mieszkam w sercu Alp. Wiem, że to wszystko nie gwarantuje sukcesu, może mieć nawet odwrotne skutki – ale uwierz mi dodaje to skrzydeł 🙂 i czuję, że przyspiesza proces.

 

Nie ważne w jakim wieku jesteś, ile masz talentu, czy wszechświat ci sprzyja, czy bliscy cię wspierają, czy nie. Ważne jest, czy masz jaja żeby spróbować i wytrwać. Tak! Wiesz o czym mówię :). Sięgaj po to, do utraty tchu i za parę lat napisz mi w mailu co u Ciebie.

 

No więc jak?

Oceniaj porażkę tylko w długim terminie. Tzn. nie na drugi dzień, nie za dwa miesiące, tylko po kilku latach. Ma to sens? Jak coś nie wypaliło to i tak wygrywasz. Zawsze wygrywasz. Ja wszystkie klęski, małe i duże, wrzucam do worka “lessons learned” – wiedza nabyta, praktyka, doświadczenie, które wykorzystuję przy każdym kolejnym projekcie.

Porażka to lekcja, jak to w końcu skumasz, to coś wyniesiesz z tej lekcji.

Napisz w komentarzu co o tym myślisz? Może odniosłeś kiedyś klęskę tak beznadziejną, że myślisz, że nic w niej nie ma pozytywnego? Podziel się swoją historią w komentarzu jeśli masz odwagę.

Krzysiek

Przede wszystkim otwartość. Otwartość na zmianę i na ludzi powoduje, że przydarzają nam się niespodziewane, pozytywne historie.   Jestem instruktorem snowboardu. Jest to nie tylko moje hobby, ale również coraz stabilniejsze źródło dochodu. Kocham to co robię. Mogę nauczyć Cię jeździć na desce, a na dodatek zainspirować do zmiany swojego życia na lepsze - tak aby toczyło się ono według Twojego scenariusza.Chciałbym Ciebie zachęcić, żebyś również spróbował robić to w czym czujesz się najbardziej komfortowo. Wykształcenie i wiek nie grają roli. Nigdy nie jest za późno żeby iść za głosem serca. Wystarczy tylko otworzyć się na zmianę i na pozytywnych ludzi, a cudowne, niespodziewane rzeczy zaczną przydarzać Ci się same :). Serio...