Nie ma czegoś takiego jak bezpieczna forma zatrudnienia. Dlatego wybrałem najluźniejszą relację między pracownikiem, a pracodawcą – kontrakt. Jeśli klimaty korpo nie są ci obce, wiesz dobrze, że praca na kontrakcie może być duuużo lepiej płatna niż praca na etacie. 

Niemiłe wspomnienie etatu w Holandii

Przez pierwsze lata kariery, uważałem, że umowa o pracę na czas nieokreślony to najlepsza forma zatrudnienia. Czar prysł – pracodawca próbował mnie oszukać. Odstawiając na chwilę kwestie finansowe – straconego czasu i nerwów nic mi nie zrekompensuje.

 

A oto cała historia: W latach 2006-2012 mieszkałem w Holandii. Pod koniec mojej emigracji tj. w 2011 roku dostałem etat w pewnej holenderskiej firmie pod Utrechtem. Pracowałem tylko 4 dni w tygodniu, w większości zdalnie. Czasem jakieś conf-calle, obiadki firmowe i wyjazdy na targi. „Sielanka” jednym słowem. Mleko z miodem przelewały się galonami. Wszystko było bardzo fajnie, ale tylko przez rok. Z pewnych, nigdy niewyjaśnionych przeze mnie powodów pracodawca przestał mi przelewać pensję. A oficjalny komentarz szefa wszystkich szefów był taki:

“BUSINESS IS BAD”

 

Ja nadal wykonywałem swoją robotę – jak gdyby nigdy nic. Zresztą byłem do tego zobowiązany podpisaną umową. Po kilku miesiącach dostałem e-maila z dziwnym załącznikiem. Był tam list, a w zasadzie pismo napisane trudnym, oficjalnym holenderskim. W mailu była mocna sugestia, żeby ten list podpisać i odesłać do pracodawcy. Było w nim napisane, że się zwalniam z pracy za porozumieniem stron. Zdziwiłem się, bo nigdy nie dostałem żadnego negatywnego feedbacku na temat wykonywanej przeze mnie pracy. Nic nie podpisałem. Poszedłem w zaparte. Wiedziałem – a raczej podejrzewałem, że prawo pracy ma moc, która jest ze mną, i że wszystkie zaległe pensje odzyskam.

No więc nie dostawałem kasy przez kilka ładnych miesięcy. Rachunki pozostawały do zapłacenia, a mój żywiciel-pracodawca miał to oczywiście w dupie. Zamiast mnie zwolnić po bożemu – czyli wypowiedzieć zgodnie z okresem wypowiedzenia – baran czekał na to, żebym sam się zwolnił. I najlepiej zrzekł wszystkich należności. A nazbierało się tego z kilkanaście tysięcy euro. Aby skrócić tą długą i nieprzyjemną dla mnie historię, napiszę tylko, że wszystko się dobrze skończyło. Ale dopiero po wielu interwencjach prawnika, za którego musiałem słono zapłacić. Puenta jest taka, że nawet jeśli chroni cię prawo pracy:

◦ to ty musisz zapłacić za prawnika z własnej kieszeni

◦ to ty musisz płacić rachunki na bieżąco, nie mając regularnego dochodu

◦ to ty żyjesz w niepewności

◦ to ty doświadczasz tej niemiłej sytuacji na własnej skórze

Powiem krótko. Na B2B by tego nie było. Pewnie bym stracił miesięczną pensję, ale na pewno bym nie pracował dłużej i nie tracił niepotrzebnie nerwów. Od tamtej pory nie pracuję na etacie. Już więcej nie wchodziłem w tak bliskie relacje z pracodawcą. I nigdy nie wejdę.

Dlaczego już nigdy nie wrócę na etat? 

Odpowiedź jest prosta. Etat nie jest żadną wartością dodaną w moim życiu. Jedyna forma zatrudnienia, która do mnie przemawia to samosięzatrudnienie. Wiem, że jak będę pracował na kontrakcie, to w przyszłości nie będę miał emerytury. Na żadną też nie liczę. Zakładam z góry, że nic nie dostanę. Najwyżej się mile rozczaruję. A i tak chętnie będę pracował do końca życia. Bo ja lubię pracować. Lubię być pochłonięty pracą i wykonywać ją na 100%. Z pasją. Będę pracował tak długo jak tylko będę mógł. I do nikogo nie będę miał pretensji, jeśli emerytury nie będzie.

BI-TU-BI, czyli praca na kontrakcie

 


Preferuję pracę na kontrakcie, czyli umowie o współpracy dwóch firm. Inna nazwa tej formy zatrudnienia to “business to business”, stąd skrót B2B. Aby móc pracować w ten sposób, trzeba otworzyć własną działalność gospodarczą. Jeśli działamy sami, to będzie to jednoosobowa działalność. Wtedy potocznie mówimy o samozatrudnieniu lub pracy jako freelancer. Tej formy zatrudnienia kodeks pracy nie obejmuje. Uważam to za zaletę. Dzięki temu warunki pracy zyskują na przejrzystości. To, co nie jest zapisane w kontrakcie, po prostu nie istnieje.

Z życia etatowca, czyli TU-BI-OR NOT-TU-BI

Etatowiec to pracownik mający stałą, ciepłą posadkę. Kodeks pracy jest jego psem pasterskim. Chroni go przed samowolką “złych” pracodawców, tych bezlitosnych wykorzystywaczy. Gdyby nie kodeks pracy, to etatowiec dawno by został pożarty. Żywcem, w całości. Wszelkie ustalenia z pracodawcą są spisane w umowie o pracę. Jeśli jest ona na czas nieokreślony, etatowiec czuje się jak w raju. Jest nie do ruszenia. Czasem przysługuje mu sowita odprawa, jeśli pracodawca postanowi się go pozbyć.

Stabilne zatrudnienie to dla wielu z nas być albo nie być. Ma to sens. Nie można mieć komfortu psychicznego, żyjąc w strachu, że w kolejnym miesiącu nie będziemy mieli na czynsz. Znam to z autopsji. Byłem w sytuacji, w której musiałem sprzedać gitarę żeby opłacić pokój w Amsterdamie. Marnie jak na studenta muzyki, ale było to wtedy jedyne wyjście. Nie jest fajnie nie mieć regularnego przychodu gotówki. Ale czy aby na pewno umowa o pracę gwarantuje nam ciągły dochód? No nie. Każdą umowę pracodawca może po prostu wypowiedzieć. A my możemy zostać bez pensji. Zmierzam do tego, że forma zatrudnienia nie ma nic wspólnego z tym, jak regularne są Twoje dochody. Można pracować na kontrakcie przez lata, nawet u tego samego zleceniodawcy. Z drugiej strony można wylecieć z etatu po pół roku i zostać bez roboty i bez kasy. Dla mnie stabilne zatrudnienie to właśnie praca na kontrakcie.

A co z kredytem?

Nie wiem, skąd opinia, że kredyt mieszkaniowy najlepiej brać, gdy ma się umowę o pracę na czas nieokreślony. Bzdura. Najlepiej kredytu nie brać w ogóle. Chyba że masz kapitał, który umiesz z głową zainwestować. Ale to nie jest rozwiązanie dla każdego Janka Kowalskiego. Więc co z kredytem? Jeśli nie jesteś w stanie go szybko (5, 10 lat) spłacić, to nie bierz. Mieszkanie wynajmuj. A gdy nie stać cię na wynajem… to tym bardziej nie bierz kredytu. Czy naprawdę wszyscy musimy mieć własne M? Czy jak już je zdobędziemy, spłacimy lub nawet własnoręcznie zbudujemy, to czy wtedy jesteśmy szczęśliwsi? Absolutnie nie. Jeśli nie posiadasz mieszkania, masz coś bezcennego – mobilność zawodową. Przeprowadzka za lepszą pracą nie jest wtedy dla Ciebie żadnym problemem.

Naleciałości z PRL’u

Skąd ta utopijność etatu? Nie wiem. Być może to jakaś naleciałość z PRL’u. Wtedy to  – podobno bardziej niż teraz – szanowano pracę. Każdy miał przydział na etat. Każdemu przysługiwały wczasy i opieka zdrowotna. Nikt się brakiem pracy nie martwił. Etat kojarzył się z dobrostanem. Czy rzeczywiście było tak fajnie, śmiem wątpić. Brutalnie teraz zgeneralizuję. Ludzie, którzy w tamtych czasach przeżywali swoją dorosłość, są, niestety, trochę dziwni. Ludzie z czasów PRL’u lubią “załatwiać sprawy”, nie lubią płacić haraczy “tym, co kradną”. Ponadprzeciętnie rozwinęli skille networkingu, bo przecież trzeba mieć “znajomości”. Importują do współczesności zupełnie mi obcy model myśleniowy. W tym modelu nie ma mowy o czymś takim jak work-life balance. A mobilność zawodowa to wada. Etat górą. Choćby do śmierci w kamieniołomach.

Forma zatrudnienia a ciąża

Umowa o pracę nie przypada mi do gustu. Ale dobrze, że mamy tę formę zatrudnienia, bo w pewnych sytuacjach okazuje się najkorzystniejsza dla pracownika. Na przykład, gdy ktoś jest chorowity. Albo gdy zachodzi w ciążę co roku. Słyszałem już wiele historii o tym, jak pracodawca stał się ofiarą systemu, bo kolejna pracownica poszła na macierzyński. Naprawdę, te złośliwe kobiety chyba chcą wynieść swoje firmy na skraj bankructwa. Potem się jeszcze dziwią, że są zwalniane. Jak można być tak nieczułym w stosunku do pracodawcy? Kobieta na macierzyńskim to świetny przykład sytuacji, w której kodeks pracy, “chcąc dobrze”, działa na niekorzyść pracownika. Powoduje, że pracodawca obraca się przeciwko swojej pracownicy. Chore. Na kontrakcie tego nie ma. Może warto po prostu zrezygnować z urlopu macierzyńskiego na rzecz lepiej płatnego B2B i oszczędzić sobie gorzkich żali i rozczarowań.

Przy jakiej pensji opłaca się przejść z etatu na kontrakt

Informacje na ten temat znajdziesz w jednym z ostatnich wpisów:

UCIECZKA W SAMOSIĘZATRUDNIENIE – PRZY JAKIEJ PENSJI TO SIĘ OPŁACA

kiedy na b2b

Praca na kontrakcie i jej zalety

1. Przejrzyste warunki zatrudnienia

Wszystko jest w kontrakcie. Co nie zostało zapisane, nie istnieje.

2. Co wynegocjujesz, to Twoje

Podejrzewam, że nawet “macierzyński” można by wynegocjować.

3. Wliczanie w koszty

Koszty prowadzenia działalności można odliczyć od podatku.

Vatowcy mogą odliczać podatek VAT.

4. Wiadomo, kiedy koniec

Wiadomo, kiedy należy szukać kolejnego zlecenia. Wtedy, kiedy jeden projekt się kończy.

5. Forma opodatkowania

Można samemu wybrać formę opodatkowania – albo podatek liniowy albo według skali podatkowej. Pierwszy jest bardziej opłacalny dla singli z dużymi dochodami. Ten drugi jest bardziej opłacalny gdy wpadamy w II próg, a rozliczamy się z małżonkiem, który ma małe dochody.

6. Leasing

Można wziąć samochód w leasing.

7. Nielimitowany urlop

Masz tyle urlopu, ile potrzebujesz.

8. Brak widełek finansowych

Nie jesteśmy ograniczeni widełkami finansowymi dla etatowców – jeśli wyciągasz 15k na etacie, to na B2B spokojnie możesz dojść do 20k.

Etat tworzy miraże.

Ofiara tych miraży myśli, że jest zabezpieczona. Czuje, że ma stabilną sytuację i że spokojnie może zacząć myśleć o kredycie. Zabezpieczona przed czym? Na pewno nie przed zwolnieniem z pracy. A stabilna sytuacja? No trochę tak. Ofiara zapętliła się w dniu świstaka. Myli się, myśląc, że wie, co będzie jutro. Ma prawo do takiej pomyłki. W końcu w pracy etatowca dni są do siebie podobne, traci się rachubę czasu. Można w niej zgnuśnieć. Włącza się tryb “czy się stoi, czy się leży…”.

Praca na kontrakcie – podsumowanie

Niezależnie od formy zatrudnienia i stanowiska, na jakim pracujemy, zawsze chodzi nam o jedno. O zarobienie kasy. Drugiej stronie natomiast chodzi o wykonanie roboty. Proste. Niezależnie, czy jesteś bobem budowniczym, czy dyrektorem IT, to pracujesz na czyjeś zlecenie. Moim zdaniem im prostsza jest relacja pracownik-pracodawca, tym lepiej. Ja w sprawach kasowych wolę stosować zasadę KISS. – keep it simple, stupid. Im mniej tej całej otoczki, którą stanowią benefity, bonusy, opieka medyczna, ubezpieczenia grupowe i gruszkowa emerytura na wierzbie, tym lepiej. Dostaję tyle kasy, ile wypracowałem. Nie przyszedłem do pracy, nie dostaję kasy. Chorowałem – moja strata. Życie trzeba sobie upraszczać, a nie wchodzić w jakieś skomplikowane związki z wątpliwą przyszłością. Oczywiście wszystko zależy od Twoich preferencji, rodzaju pracy, którą wykonujesz, sytuacji w życiu. Powyższy tekst to tylko mój punkt widzenia. Nie zachęcam nikogo do zmiany. Zachęcam za to do przemyślenia  “za” i “przeciw”. Być może okaże się, że praca na kontrakcie jest również dla Ciebie.

25 rad na zachowanie równowagi praca-życie

Czas to nie piniądz, ale można go na pieniądze wymieniać.

O tym, że każdy chce żyć po swojemu, ale nie każdy próbuje.

Jak zjeść ciastko i mieć ciastko