Życie pisze najciekawsze opowiadania. Jedno z nich napisało mi wczoraj w nocy z 2.8.2017 na 3.8.2018. Dla urozmaicenia, bo chyba za nudno nam było. Wracaliśmy z kina w Manufakturze. Ja i moja żona. W dobrych, wręcz szampańskich nastrojach. Była prawie północ. O tej porze, po Łodzi jeździ się płynnie. Jest to jedyny czas, kiedy miasto się nie korkuje. Tuż za skrzyżowaniem przy Nowej Gdyni, zgierska drogówka wlepiła mi mandat za przekroczenie prędkości o 30km/h. Ale to był dopiero początek “przygody”.

Mieli absolutną rację. Tak właśnie było. Jechałem osiemdziesiątką w terenie zabudowanym. Stuffka w plecy – co zrobić, moja wina. Wyraziłem zgodę na przyjęcie mandatu i obiecałem poprawę.

Było ich dwóch. Wszystko – czyli wlepianie mandatu – przebiegało normalnie. To znaczy jak zawsze. Nie to, że jakoś strasznie dużo mandatów dostaję, ale kilka już mam na koncie i z niejednym funkcjonariuszem policji miałem do czynienia. Podczas gdy jeden z policjantów mnie spisywał, drugi mierzył w kolejne auta. A mierzył dość celnie, kilka kolejnych aut zatrzymał.

Oddali mi dokumenty i wręczyli kwitek do opłacenia. Gość od wypisywania poprosił mnie o poczekanie w moim samochodzie. Miał kiwnąć, kiedy będziemy mogli sobie odjechać. Po 10 minutach czekania, wyszedł z radiowozu i podszedł do nas. Poprosił, żebym wyszedł z auta. Poinformował mnie oschłym, pozbawionym emocji tonem:

Jest pan poszukiwany

Po czym założył mi kajdanki i zaprosił grzecznie do radiowozu. To wszystko na oczach mojej, równie jak ja zaskoczonej żony. Do niej tylko powiedział – w równie empatyczny sposób – “Proszę zostać w aucie”. Tak też zrobiła. Nie usłyszałem żadnych zarzutów. Nie powiedziano mi za co niby jestem poszukiwany. Jedynie poprosili mnie o kilkakrotne powtórzenie moich danych osobowych w tym imiona rodziców i nazwisko panieńskie mojej mamy.

No i wszystko się według nich zgadzało. Krzysztof Dąbrowski, o takim i takim numerze pesel jest za coś poszukiwany. Najciekawsze jest to, że ten Krzysztof ma rodziców o tych samych imionach co moi. Myślę se – kurde – ktoś, gdzieś, kiedyś podrobił mój dowód osobisty i nabroił.

Policjant powiedział, że mają w systemie kilku Krzysztofów Dąbrowskich o tym samym peselu. A dokładnie, że dziesięciu, ale mniejsza o to. What da fuck? Jestem w stanie ogarnąć, że może jeszcze jakiś Krzysztof D. urodził się w ten sam dzień co ja. Ale kurcze numer PESEL jest tylko jeden na jedną osobę. W głowie zaczyna mi się układać historyjka, że albo ktoś shackował zgierskie, policyjne komputery (pewnie jakiś przebiegły Łodzianin, co Zgierząt nie lubi), albo zatrudniają studentów informatyki zamiast profesjonalistów do klepania policjantowego systemu. Obie wersje wysoce prawdopodobne ;).

Nie było nam do śmiechu. Żonie pozwolili wysiąść z auta. Kiedy zobaczyli, że się cała trzęsie, zdrefili. Ja wtedy też nieźle spękałem .

Żona jest w końcu w ósmym miesiącu ciąży.

Przestraszyłem się, że trzeba będzie jechać do szpitala. I że może nas czekać zbyt wczesny poród. Nagle, automagicznie w policjantowym systemie nastąpiło objawienie. Okazało się, że nie ma więcej Krzysztofów D. z moim numerem pesel. Dziękujemy za cierpliwość, to tylko nieporozumienie. Proszę już sobie odjechać. Co złego to nie my.

Napisałem ten tekst, z nadzieją, że ktoś mi pomoże i mnie uświadomi. Czy to w Polsce normalne (lub może tylko w Zgierzu), że najpierw zakuwają w kajdanki, a dopiero potem sprawdzają delikwenta? Czy to normalne, że nie przedstawiają zarzutów? Czy to normalne, że nie mówią (jak na amerykańskich filmach) jakie się ma prawa?

Generalnie chciałbym wiedzieć, czy postępowali zgodnie z prawem, czy może tylko chcieli się nami zabawić z bliżej niewyjaśnionych powodów. Czy ktoś może nam pomóc? Najłatwiej jest zapomnieć sprawę. Zapłacić mandat (już zapłacony, no akurat z tym mieli rację) i siedzieć cicho. Ale jak sobie przypominam obraz dygocącej ze stresu kobiety w ciąży, to jakoś motywuje mnie to do wyjaśnienia tej niemiłej sprawy.